ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Próba upodmiotowienia obywateli za pośrednictwem internetu 
Celem serwisu jest umożliwienie obywatelom wyrażenia swojej woli w najważniejszych dla nich sprawach. 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
whatreallyhappened.com 
Warto dodać ten link do Pana strony: http://whatreallyhappened.com/

99% tez dotyczących religii, polityki i ekonomii i filozofii się pokrywa z tezami zaprasza.net. Topowa strona. 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
Strona Krzysztofa Wyszkowskiego 
Strona domowa Krzystofa Wyszkowskiego 
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
Zakrzyczana prawda 
Mamy 2010 rok a zbrodniarze którzy doprowadzili do wielu wojen i kryzysu światowego w w dalszym ciągu - z tupetem - niczym Josef Goebbels kłamią w oczy w kwestii sytuacji gospodarczej świata i Stanów Zjednoczonych
 
Ostatni mit (o polityce sowieckiej) 
 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Charlie Sheen & Alex Jones on 9/11 
Znany aktor Hollywood aktor zebrał się na odwagę powiedzenia tego co myśli o 11 września 2001 roku 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Pomylił Chrześcijaństwo z Judaizmem 
Skandaliczna niewiedza Prezydenta USA, czy też raczej perfidna prowokacja?
W przemówieniu Baracj Obama opisuje Chrześcijaństwo odwołaniami do Judaizmu.  
więcej ->

 
 

Po stronie ludu. Manifest populistyczny


Niech się pan przyjrzy tak zwanym nowo narodzonym, czyli amerykańskim chrześcijańskim fundamentalistom. Z liberalnych pozycji bardzo łatwo jest ich dezawuować jako nietolerancyjnych, ultrakonserwatywnych, fanatycznych zwolenników Busha. Ale jeżeli przyjrzymy im się bliżej, możemy zobaczyć, że w biednych regionach Stanów Zjednoczonych – takich jak Kentucky czy Alabama – ruch ten zajął miejsce starego Frontu Ludowego jako głównego reprezentanta klasy niższej w walce przeciwko nadużyciom klasy wyższej. W Europie mówimy o walce amerykańskich liberałów z Nowego Jorku, Bostonu, Kalifornii przeciwko fundamentalistom z Zachodu. Patrząc z daleka nie umiemy dostrzec, że jest to ukryta, perwersyjna forma starej walki klasowej. Nie przypadkiem liberałowie zwyciężają głównie w najbogatszych stanach, a populiści i fundamentaliści w biedniejszych. Amerykański chrześcijański fundamentalizm tak zwanych red-necków (czerwonokarkich) to w dużej mierze wyraz społecznej rozpaczy i wściekłości spychanej coraz niżej klasy pracującej. Nie cierpię fundamentalizmu, ale w sensie społecznym jestem po stronie red-necków. Nie po stronie bostońskich intelektualistów wciąż narzekających na niedostatki tolerancji i multikulturalizmu.

Slavoj ®iľek w rozmowie z Jackiem Żakowskim

Wzrastający izolacjonizm elit oznacza /.../, iż ideologie polityczne straciły związek z troskami zwykłych obywateli. Ponieważ debata polityczna jest zazwyczaj ograniczona do – jak je niegdyś trafnie nazwano – „klas mówiących”, staje się ona coraz bardziej zamknięta i konwencjonalna. Idee krążą w postaci haseł oraz odruchów warunkowych. Stara dysputa pomiędzy lewicą i prawicą wyczerpała zdolność wyjaśniania stanowisk i dostarczania rzetelnej mapy rzeczywistości.

Christopher Lasch, Bunt elit



Żyjemy w czasach, które ponoć są demokratyczne. W kulturze, która podobno odrzuciła dawne formy wykluczenia i dyskryminacji. W realiach, które przesycone są egalitarnymi sloganami. Ale wbrew tym pozorom, wbrew propagandzie i pięknym hasłom, żyjemy w epoce oligarchicznej. W epoce, w której faktyczna równość, ludowładztwo i wpływ zwykłych ludzi na decydowanie o własnym życiu są nawet już nie tyle niedoścignionym ideałem, lecz marginalną wizją, nie traktowaną poważnie przez niemal nikogo.

Mimo pozorów funkcjonowania egalitarnej demokracji, lud jest coraz bardziej pozbawiany wpływu na decyzje polityczne, nie stanowi podmiotu w procesie kulturotwórczym, nie jest jakimkolwiek istotnym punktem odniesienia dla elit. Ma się gorzej niż w dwóch ubiegłych stuleciach, kiedy to masy wtargnęły na scenę i wyszarpały dla siebie – choćby tylko symbolicznie, jako adresat różnych wezwań i obietnic – kawałek tortu. Dziś lud schodzi ze sceny. Na tarczy.

Owszem, oligarchia co i rusz musi się do ludu przymilać – wyłącznie jednak wtedy, gdy zamiast z choćby nieuświadomionych obywateli składa się on z nawet uświadomionych konsumentów. Lud jest potrzebny oligarchii tylko, gdy konsumuje – produkty materialne i symboliczne, Bogusława Lindę i Donalda Tuska, żywność ekologiczną i chemiczną papkę „identyczną z naturalnym”, oferty rynku pracy i oferty hipermarketów itd.

Wykluczenie mas przybiera dziś często inne postaci niż choćby w wieku XIX, gdy Karol Marks i prekursorzy nauki społecznej Kościoła opisywali straszliwą nędzę i wyzysk. Dziś bieda bywa zamaskowana pod pozorami dostatku – część ubogich ma samochody, telefony komórkowe, wielocalowe telewizory czy dostęp do Internetu. Ochłapy dóbr konsumpcyjnych, niejednokrotnie nabywane na kredyt, a do tego prymitywna rozrywka, żeby lud przypadkiem nie pomyślał o czymś wykraczającym poza gromadzenie chińskiej tandety. Wraz z przeobrażeniami technologicznymi powstają jednak nowe formy wykluczenia i reguły stratyfikacji społecznej – choćby manipulacje genetyczne w lecznictwie dla najbogatszych czy chirurgia plastyczna dla średniozamożnych („lookizm” zastępuje rasizm).

Ale nie zapominajmy, że mimo ogromnego rozwoju technologicznego, wciąż setki milionów ludzi na całym świecie żyją w warunkach urągających godności. I to nie tylko w tzw. trzecim świecie. Znów normą staje się coś, co – wydawałoby się – odeszło w pierwszym świecie bezpowrotnie do przeszłości. Obywatele najbogatszych państw harują po kilkanaście godzin na dobę, a każda „wpadka” (śmierć bliskiej osoby, choroba) może ich zepchnąć na dno. Znów niektórzy muszą być pucybutami lub ulicznymi grajkami, inni zaś ponownie mogą – i nie widzą w tym niczego zdrożnego – posiadać kamerdynera czy pokojówkę. W naszym kraju ponad połowa społeczeństwa pracuje za pensje starczające tylko na przeżycie na elementarnym poziomie. Przy niemal każdej próbie upomnienia się o nieco więcej, z mediów mogą się dowiedzieć, że są roszczeniowymi nieudacznikami.

Ale nie tylko o „pełną michę” tu chodzi, choć bez niej wszelkie konstytucyjne zapisy i deklaracje są iluzoryczne. Kiedyś na porządku dziennym było dyskutowanie projektów dotyczących zwiększenia wpływu zwykłych ludzi na istniejący system polityczny i gospodarczy. Dziś tylko „dziwacy” zastanawiają się, czy optymalnym rozwiązaniem są trzy rodzaje wyborów raz na kilka lat i referenda od wielkiego dzwonu. Kiedyś istniały ugrupowania bez zawstydzenia odwołujące się do interesów ludu i plebejskiego etosu, będąc przy tym pełnoprawnym uczestnikiem publicznej debaty. Dziś jakakolwiek polityczna próba wyartykułowania oczekiwań ludu jest traktowana w najlepszym razie z ironią, w najgorszym zaś z pogardą i zajadłym kontratakiem. Mało kto dostrzega absurd, jakim w epoce oficjalnej „demokracji” i „równości” jest traktowanie terminu „populizm” niczym jednej z najgorszych obelg.

Cały język publicznego dyskursu staje się coraz bardziej arogancki wobec ludu. W „salonowych” mediach powszechne są zwroty pełne pogardy i lekceważenia pod adresem tych, którzy „nie pasują” do Nowego Wspaniałego Świata i jego ideologii – np. takie, jak „moherowe berety” na opisanie starszych, często schorowanych kobiet. Jednocześnie salonowa kołtuneria robi rwetes, gdy ktoś w tymże dyskursie posłuży się np. słowem „pederasta”. Publikowane są grube tomy poświęcone piętnowaniu tzw. „mowy nienawiści”, ale oczywiście nie chodzi o nienawiść sytej, zadowolonej, finansowej elitki wobec „motłochu”.

***

Dlaczego wybieram populizm?

Po pierwsze, gdyż w takiej sytuacji odruchem serca jest stawanie po stronie wykluczanych i spychanych na margines, po stronie traktowanych z pogardą i postrzeganych jako balast spowalniający marsz ku kolejnej wersji świetlanej przyszłości. Ot tak, po prostu, nawet jeśli w obecnych realiach postawa taka jest niemodna i nie przynosi korzyści.

Po drugie, bo jestem z ludu. Identyfikacja z własną klasą społeczną nie tylko nie powinna być powodem wstydu, lecz wręcz przeciwnie; stwierdzenie „jestem z ludu” ma ten sam wymiar, co słowa „jestem Polakiem” czy „jestem człowiekiem”. Polityka ukierunkowana na poprawę położenia „dołów” leży w interesie przeważającej części społeczeństwa. A także w moim własnym interesie – i nie zamierzam tego ukrywać.

Po trzecie, ponieważ populizm wydaje mi się być dziś jedyną opcją, która może przywrócić sens polityce rozumianej jako praca na rzecz dobra wspólnego. W obliczu krachu i skundlenia ideologii i praktyki klasycznej lewicy i prawicy oraz postępującej zamiany działania w zarządzanie, populizm niesie szansę na przywrócenie polityce jej właściwego znaczenia. Nie tylko, co należy podkreślić, w sensie konkretnych postulatów społecznych i ekonomicznych. Zawiera on bowiem jako jedyna już dziś opcja także dawkę pasji, tak deficytowej w tym coraz bardziej sztucznym, bezpłciowym i technokratycznym świecie.

***

Jaki populizm?

Taki, który zaprzeczy fałszywemu, choć użytecznemu dla oligarchii stereotypowi, jakoby istotą populizmu były nierealistyczne obietnice, prostackie hasła i szczucie „motłochu” na „ludzi rozsądnych”. Istotą populizmu jest bowiem polityka, która ma na celu poprawę doli szerokich rzesz społeczeństwa, nie zaś jego uprzywilejowanych części. Populizm oznacza także odwoływanie się do głosu ludu, jego opinii i emocji oraz mobilizację mas, aby włączyły się w proces kształtowania swego życia i sfery publicznej. „Populistyczne” były niegdyś – w epoce, gdy demokratyczne hasła traktowano serio – niemal wszystkie „niearystokratyczne” partie i ruchy polityczne. Populizm może być oczywiście mądry lub głupi, zbawienny albo szkodliwy, ale nie powinniśmy się godzić, aby przedmiotem krytyki ze strony oligarchii szermującej demokratycznymi hasłami stawały się ex definitione działania dla ludu i z zaangażowaniem ludu. Politykę oceniać powinno się po efektach, nie zaś po tym, czy reprezentant danego stronnictwa ma dobrze dobrany kolor krawata, mówi pełnymi i poprawnymi zdaniami oraz zachowuje się w sposób „wyważony”.

Taki, który oznacza niezgodę na powielanie nieprawdziwego schematu, mówiącego, iż np. ktoś niewykształcony jest z definicji „gorszy” w sensie postaw publicznych niż osoba, która przeszła przez kolejne dostępne szczeble drabiny edukacyjnej. Wielu „prostych ludzi” ma więcej rozsądku niż elity żyjące w grubym kokonie, więcej doświadczeń życiowych niż kasta zawodowych inteligentów, więcej konkretnych umiejętności niż „gadające głowy”. Ma też pewną dozę pokory wobec faktów, będącą częścią składową tzw. zdrowego rozsądku. Nie jest to ani żelazna reguła, ani coś, co należy idealizować. Jednak nie sposób tego nie zauważyć, gdy spora część ludzi znakomicie wykształconych forsuje iście księżycowe pomysły, a dokonywane przez nich wybory nacechowane są wyjątkowym brakiem związku z realiami.

Taki, który sprzeciwia się pochopnemu i nonszalanckiemu dorabianiu ludowi gęby prymitywizmu i chamstwa, ciemnoty i zacofania. Bo oprócz oczywistych „braków” w kwestii horyzontów intelektualnych czy obycia z najnowszymi trendami, lud często nie tylko nie jest tak głupi, jak portretują go media i „autorytety moralne”, lecz w dodatku zdarza się, iż chce być mądrzejszy. Oczywiście wiele zależy od tego, w jakich warunkach funkcjonuje i jakie wzorce są mu serwowane przez elity. Część inteligencji lubi się oburzać na „schamienie” społeczeństwa, które ogląda sitcomy, czyta tabloidy oraz słucha Ich Troje – nie chcą jednak dostrzec, że owe „dobra kulturalne” są w znacznej mierze tworem ludzi wykształconych, dobrze za ową pracę opłacanych i bynajmniej nie bojkotowanych na salonach z racji swej profesji.

Taki, który uważa, że polityka prospołeczna nie oznacza obiecywania złotych gór. Populizm musi być uczciwy, czyli m.in. wskazywać na istniejące ograniczenia (ekonomiczne, kulturowe, ekologiczne itp.) w polityce, którą można prowadzić dla ludu. Musi nieść nadzieję i konkretne zdobycze, ale jednocześnie wskazywać na istniejące bariery i nie roztaczać miraży. Przyświecać powinna mu optyka wskazująca, iż nie jest możliwe, aby każdy wiódł życie milionera – co więcej, właśnie w imię realizacji egalitarnych postulatów konieczne będzie być może powściąganie jednostkowych zachcianek.

Taki, który nie jest kolejną wersją chłopomanii, bezrefleksyjnym zachwycaniem się wszystkim, co lud robi. Nie jest udawaniem głupszego niż się jest i upraszczaniem obrazu świata, byle tylko najprostszy chłopek mógł go zrozumieć i przyjąć za swój. Populizm oznacza „podciąganie” ludu, służebną wobec niego rolę nauczyciela – ale przy założeniu pokory i odrzuceniu typowej dla oligarchicznej inteligencji postawy „oświecania” jakichś „ciemniaków” i złorzeczenia na nich, gdy do którejś z modnych postaw „nie dorośli”. Wystarczy wspomnieć doświadczenia pierwszej „Solidarności”, choćby w postaci chętnie nawiedzanych przez robotników zajęć edukacyjnych, albo przeczytać parę numerów masowych gazet wydawanych w międzywojniu przez ludowców, narodowców czy socjalistów, zawierających m.in. sążniste eseje czy recenzje kulturalne – by mieć pewność, że choć lud może być głupi, to wcale takim być nie musi. Kultywowanie „ciemniactwa” jest zresztą na rękę tylko i wyłącznie oligarchii, gdyż lud pozbawiony umiejętności poznawczych i zdolności wyartykułowania swoich interesów staje się jej marionetką.

Taki, który odrzuca optykę „antyinteligencką”, mówiącą, iż tylko „robociarz” z krwi i kości może skutecznie bronić własnych interesów, zaś „inteligenciki” poprowadzą go na manowce. Jest to wizja po pierwsze szkodliwa – to właśnie oligarchii zależy na tym, by stosować zasadę „dziel i rząd?”. Po wtóre, nieprawdziwa, gdyż o postawie konkretnych ludzi decyduje nie tylko wykształcenie, lecz także m.in. wysokość dochodów, pochodzenie, styl życia i wiele innych czynników. Spauperyzowany człowiek z inteligenckiej rodziny ma więcej wspólnego z robotnikami niż z kolegami ze studiów, którzy dołączyli do finansowej, politycznej czy kulturalnej elity i czerpią z tego wymierne korzyści. Dziecko robotników, które skończyło studia, wcale nie musi porzucać sposobu myślenia i wartościowania typowych dla swojej pierwotnej klasy społecznej. „Porządne” pochodzenie nie wystarczy – bardziej autentycznym i wiernym sprawie przywódcą robotniczym był inżynier Andrzej Gwiazda niż elektryk Lech Wałęsa, zaś górnik Edward Gierek nie był bliższy pracownikom najemnym swojej epoki niż pochodzący z ziemiańskiej rodziny filozof i psycholog Edward Abramowski kilkadziesiąt lat wcześniej.

***

Populizm stanowi szansę przezwyciężenia impasu, w jakim znalazły się tradycyjne opcje polityczne. Może być lekarstwem na pogubienie się lewicy i prawicy oraz na ich abdykację z reprezentowania tych grup społecznych, którym dotychczas częstokroć służyły. Dominujące nurty obu opcji porzuciły bowiem niemal całkowicie zainteresowanie swymi do niedawna głównymi grupami odniesienia. Populizm może także być antidotum na postępującą degrengoladę centrum, które „reprezentuje” dziś sam mechanizm funkcjonowania systemu, zajmując się jedynie oliwieniem trybików odpowiadających za trwanie i reprodukcję status quo.

***

Niemal nie istnieje już dziś lewica w dawnym tego słowa znaczeniu. Lewica, która powstała jako ruch mający reprezentować wykluczonych, „wyklęty lud ziemi” – prawie zupełnie porzuciła to zadanie. Stała się reprezentantem kilku dziwacznych mniejszości, coraz bardziej tracąc zaplecze wśród „mas ludowych”, bazujących na wtórnych więziach społecznych, powstałych w epoce industrialnej.

To, co początkowo miało być dodatkiem – jak np. prawa mniejszości seksualnych – stało się clou współczesnej lewicowej ideologii i praktyki. Jej twórcy twierdzą, iż do lewicowej tradycji należy walka o emancypację wszystkich nierówno traktowanych. Ale tradycja emancypacyjna miała na uwadze przede wszystkim duże zbiorowości, składające się z osób faktycznie dyskryminowanych i pokrzywdzonych. Część dawnej lewicy – bynajmniej nie całość, bo spora reszta miała te postawy za fanaberię – broniła np. homoseksualistów przed prześladowaniami za samą orientację seksualną, lecz umiała oddzielić ów problem od obsesji środowisk przewrażliwionych na punkcie własnych praw i tożsamości. Miała też zawsze na uwadze „opcję większościową”, umiejscawiając mniejszości w łonie szerszej struktury. Tymczasem współczesna lewica w ogóle nie rozważa problemu, jak prowadzić politykę egalitarną i wspólnotową w społeczeństwie coraz bardziej dzielonym na małe, wojownicze, wzajemnie skonfliktowane i wciąż pączkujące „mniejszości”.

Emancypacja różnych grupek dokonuje się zresztą bez pomocy lewicy – dzięki współczesnemu rynkowi. W obliczu przerostu mocy produkcyjnych nad możliwościami skonsumowania oferty, stale musi on poszukiwać nowości, coraz bardziej wyrazistych produktów. Dziś rynek żywi się innością, heterogenicznością, „buntem” i chętnie sięga po wzorce niegdyś wykluczone. Trafnie ów problem analizuje gejowski pisarz Michał Witkowski, który stwierdził, iż więcej w kwestii tolerancji wobec homoseksualizmu dokonała popkultura, podkreślająca orientację np. Eltona Johna, niż polityczne manifestacje. Jednak w tym samym czasie, gdy Kapitał emancypuje Eltona Johna i propaguje homoseksualizm jako modny trend, pracownicy najemni epoki globalizacji są poddawani wyzyskowi przypominającemu XIX-wieczny koszmar. Nie przeszkadza to lewicowcom uważać, że prawa pracowników najemnych i prawa gejów to „wspólna sprawa”. Mimo propagandy utrzymanej w dość płaczliwym tonie, taka lewica nie broni faktycznie wykluczonych czy wyzyskiwanych. Dba natomiast o interesy środowisk bąd? to całkiem dobrze tolerowanych, bąd? wręcz „świętych krów”, których obrona nie wymaga żadnej odwagi i poświęcenia.

Dokonało się to kosztem tradycyjnej bazy lewicy, czyli wielkoprzemysłowego proletariatu oraz części miejskiej i wiejskiej biedoty. Grupy te okazały się bowiem „nie nadążać” za kolejnymi obyczajowymi nowinkami, które lewica wypisywała na swoich sztandarach w ostatnim półwieczu, zwłaszcza po roku 1968. Okazało się, że robotnicy niekoniecznie chętnie patrzą na to, jak ich dzieci wciągane są w zmagania o legalizację narkotyków, ani nie uważają postaw gejów za wzorzec zachowań społecznych. Ów konflikt jeszcze bardziej pogłębił przepaść, bowiem wielu lewicowych doktrynerów obraziło się na zacofanych „roboli”.

Presja nowolewicowych dogmatów jest tak silna, że nawet większość nielicznych środowisk wciąż odwołujących się do etosu „proletariackiego” czyni to wpychając go na siłę w „poprawny” schemat. Z lewackich gazetek można się dowiedzieć, że robotnik ma ciężko, ale gej ma jeszcze gorzej, a już robotnik-gej cierpi jak mało kto. „Działacze robotniczy” nie widzą więc nic niestosownego, by na „paradach równości” w imię walki z „faszyzmem” maszerować ramię w ramię ze skrajnie liberalnymi środowiskami. A przecież to nie urojony faszyzm jest odpowiedzialny za kilkumilionowe bezrobocie, biedę i inne patologie w Polsce. Odpowiadają za nie natomiast uczestniczący w „paradach równości” członkowie liberalnego establishmentu. Obrzydliwy jest widok „obrońcy robotników”, który paraduje w jakiejkolwiek sprawie wraz z członkami partii popierającej Henrykę Bochniarz, czyli wielki, drapieżny Kapitał i jego interesy.

Lewica jest dziś niemal całkowicie obojętna na identyfikację klasową i państwową/narodową. Kiedyś jej część hołubiła internacjonalizm, głosząc opinię, iż proletariat nie ma ojczyzny – ale identyfikowała się z większością społeczeństwa, jaką stanowili pracownicy najemni. Pozostała, równie wielka część lewicy była natomiast patriotyczna, domagając się zarówno „pracy i chleba”, jak i wolnej, niepodległej ojczyzny, łącząc perspektywy klasową i narodową. Dziś natomiast lewica nie identyfikuje się ani z klasą robotniczą, ani ze wspólnotą narodową. Jej „środowiskiem naturalnym” i głównym punktem odniesienia są rozsiane po całym świecie bli?niacze grupki – „wyzwolone”, „nowoczesne” i „awangardowe”, rekrutujące się głównie ze światka medialno-akademickiego. Tej nowej klasy próżniaczej nie interesują ani ludzie pracy, ani ogół współobywateli, ani losy wspólnoty, w jakiej przyszli na świat.

Lewica taka w pełni akceptuje współczesne wzorce kulturowe, niemal w ogóle nie wchodząc z nimi w spór. Aprobuje eksploatowany przez Kapitał ideał samorealizacji poprzez konsumpcję, swoisty terror hedonizmu, spierając się czasami jedynie o to, jak dzielić wypracowany dochód. Nie ma w niej niemal śladu dyskusji o modelu produkcji pożądanym nie tylko ze względu na potrzeby cielesne, ale także i rozwój ducha. Nie ma pytań o sens i celowość tak marnotrawnego modelu konsumpcji przy założeniu, że na świecie mamy 6 miliardów faktycznie „równych żołądków”. Nie ma refleksji o tym, czy po kataklizmach XX wieku można nadal postrzegać bieg dziejów przez pryzmat postępu i kultywować wizję mądrej, elitarnej „awangardy”, która wie lepiej, w jakim kierunku powinien zmierzać świat.

Nędzę dzisiejszej lewicy widać świetnie, gdy porównamy wizje jednostki propagowane przez jej przedstawicieli oraz liberałów. W obu mamy człowieka jako Wielkie Ego, które powinno się realizować w lu?nych, opartych wyłącznie na wolnym wyborze relacjach z podobnymi osobnikami, w żadnej mierze nie naruszającymi jego Świętej Wolności. W myśli lewicowej mamy też obraz neoliberalnych przeobrażeń jako „pożądanych”, „nieuniknionych” i „niosących nowe możliwości”. Kiedyś lewicowo zorientowane nauki społeczne poddawały krytyce istniejący porządek i demaskowały liberalne mity sięgając samego ich sedna. Dziś lewicowi socjolodzy czy analitycy kultury kreślą obraz świata identyczny jak ich liberalni koledzy.

W tym tkwi zresztą przyczyna popularności różnych „trzecich dróg”, zastępujących dawną myśl socjaldemokratyczną. Próby syntezy etosu lewicowego z ideologią liberalną to nie tylko – jak chcą krytycy takich tendencji – efekt presji i dominacji liberałów. To wyciągnięcie wniosków z wolty ideowej, która wbrew lewicowej tradycji nie stawia już wyżej równości – czy przynajmniej umieszcza je na tym samym poziomie – lecz większe znaczenie przypisuje wolności. Blair i Schröder nie są zdrajcami „kupionymi” przez liberałów – są tylko tymi, którzy w dziedzinie realnej polityki „przyklepali” proces zapoczątkowany przez „wolnościową” (obyczajową, hedonistyczną) lewicę, jaka zaczęła dominować po 1968 r.

Postęp, który w klasycznej lewicowej wizji miał się dokonać wbrew liberalnej presji, w nowolewicowej doktrynie ma niemal takie samo oblicze, jakie nadali mu rynkowi doktrynerzy. Taka lewica nie stanowi zagrożenia dla Kapitału, lecz wręcz mu sprzyja, stanowiąc jeden z najsilniejszych taranów rozbijających ostatnie przeszkody na drodze rynkowego walca. Nowa lewica wyzwala z rodziny, ojczyzny, tradycji, religii czy choćby życia „po swojemu” (wszak to wszystko „faszyzm”), a wielki kapitał sprzedaje owym wyzwolonym „wolne” produkty i postawy.

Doktryna głównego nurtu dzisiejszej lewicy jest w zasadzie zaprzeczeniem dawnych lewicowych ideałów. Pod szyldem lewicy kryją się postawy „arystokratyczne”, naznaczone agresywnie manifestowanym poczuciem misji cywilizacyjnej, „awangardowe” w kwestiach obyczajowych wbrew odczuciom większości społeczeństwa. Dzisiejsza lewica, „mniejszościowa” i atakująca wzorce kulturowe „dołów” społeczeństwa, bardziej niż swą odpowiedniczkę sprzed pół wieku przypomina coś, co można by nazwać nieortodoksyjną prawicą, „buntowniczą” – taką, jaką mógłby wymyślić np. Fryderyk Nietzsche.

***

Podobny jest stan współczesnej prawicy. Środowiska takie miały za zadanie bronić wartości i postaw powstałych w epoce przedprzemysłowej – wspólnot naturalnych i ich „zawartości”. Partie konserwatywne były w wielu krajach sceptycznie nastawione wobec liberalizmu nie tylko obyczajowego, lecz również ekonomicznego, postrzegając go jako czynnik wprowadzający chaos i patologie w życie wspólnoty. Dawna prawica znacznie bardziej niż rozwój ceniła stabilizację – dlatego uznawała konieczność mechanizmów i instytucji neutralizujących zbyt gwałtowne przeobrażenia gospodarcze i ich skutki. Jednak od czasów „konserwatywnej rewolucji” Thatcher i Reagana, porzuciła swój zachowawczy charakter.

Współczesna prawica funkcjonuje w stanie swoistej schizofrenii. Obierając za cel usuwanie wszelkich przeszkód na drodze wzrostu gospodarczego i „wolnej” gospodarki, nie chce widzieć, że działania takie podkopują tradycyjne wartości i ład równie skutecznie, jak czyni to propaganda spod znaku obyczajowego „postępu”. Prawicowi doktrynerzy nie dostrzegają oczywistego faktu, że gwałtowne przekształcenia gospodarki prowadzą do równie gwałtownych przeobrażeń struktur społecznych, wzorców kulturowych i postaw ludzkich.

Nie jest możliwe, by szybkie tempo zmian w gospodarce, rynku pracy, organizacji produkcji itp. nie przeszkadzało w kultywowaniu spokojnego stylu życia. Jednostka, która w pracy jest rekinem, nie stanie się po jej zakończeniu barankiem. Człowiek, dla którego rano jedyną wartością jest „wyciskanie” z pracowników jak najwięcej, nie stanie się po południu łagodnym i wyważonym członkiem rodziny czy innych wspólnot. Jeśli ktoś zawodowo kultywuje ideologię egoistyczną i przykłada do wszystkiego miernik zysku i wydajności, nie przeobrazi się w czasie wolnym w altruistę dostrzegającego liczne aspekty świata nie-materialnego. Ktoś, kto zawodowo tylko zabiera i wyrywa innym, nie będzie po pracy ofiarował i dzielił się. Osoba, która zgodnie z wymogami rynku pracy jest „mobilna” i co kilka lat zmienia miejsce zamieszkania, nie stanie się faktycznym członkiem żadnej lokalnej wspólnoty. Oczywiście sporadycznie mogą się zdarzać takie postawy, ale w skali masowej nie jest to możliwe.

W turbokapitalizmie możliwy jest krótkotrwały triumf faktycznych postaw konserwatywnych, ale tylko dlatego, że ludzie pozbawieni poczucia stabilizacji zwracają się w stronę jedynych dostępnych im „szalup ratunkowych”. Gdy wolny rynek rozbija stabilne społeczności, wówczas czasami większego znaczenia nabiera życie rodzinne i zapełniają się kościoły. Ale taki – bazujący na resentymencie, strachu i poczuciu krzywdy – „konserwatyzm” opiera się na wybiórczym pojmowaniu owych „tradycyjnych wartości”. Można w imię np. dbałości o rodzinę szkodzić sąsiadom czy lokalnej społeczności. Można głosować na „szeryfów” głoszących hasła „rewolucji moralnej”, a jednocześnie dawać łapówki za załatwienie „lewej” renty. Od stawiania pomników Papieża „współczynnik” życia wedle wartości chrześcijańskich nie zwiększy się w społeczeństwie ani trochę. Ideologia takiej prawicy opiera się również na skrajnie uproszczonym obrazie rzeczywistości i problemów społecznych. Uważa ona, że wystarczy np. surowo karać bandziorów, aby odstraszyć innych od popełniania podobnych czynów. Tak jakby bandytyzm był przede wszystkim hobby lub dopustem bożym, nie zaś wypadkową fatalnej sytuacji materialnej, eskalowania oczekiwań konsumpcyjnych oraz dorastania w niewłaściwym środowisku (zapracowani lub bezrobotni rodzice, rynek promujący patologiczne wzorce osobowe).

Choć na płaszczy?nie haseł taka prawica wspiera prywatne przedsiębiorstwa, „zdrowy rynek” przeciwstawia „choremu socjalizmowi” oraz dowartościowuje powszechną własność, to w realiach XXI wieku jest to postawa groteskowa. Nie ma bowiem już takiego rynku i struktury własności, jakie znamy z opisów historyków. Dziś nie dominuje drobna, indywidualna i powszechna własność środków produkcji, lecz scentralizowana, coraz bardziej zmierzająca w stronę monopolu. Nie zostało niemal nic po dawnych realiach gospodarczych, kiedy wielu ludzi pracowało „na swoim”, a więksi przedsiębiorcy byli członkami danej społeczności i poczuwali się do obowiązków wobec niej, z wieloma pracownikami mieli bezpośredni kontakt, sami doglądali firmy. Zamiast tego dominują wielkie korporacje, będące w „posiadaniu” głównie kilku dużych akcjonariuszy, operujące w wielu miejscach globu, niezwiązane z żadną konkretną społecznością, często wymieniające pracowników i kooperantów. W wielu branżach większą część rynku zajmują 2-3 koncerny, a ich udział systematycznie rośnie. W obecnych realiach nie ma żadnych sentymentów i choćby udawanej, XIX-wiecznej „opiekuńczości” fabrykanta – są natomiast outsourcing, „wrogie przejęcia”, bezpardonowe wysysanie sił i środków z zatrudnionych, podwykonawców i lokalnych społeczności.

Współczesna prawica działa też wedle zasady „Na złość babci odmrozimy sobie uszy”. Jeśli zatem „lewacy” podejmują jakiś temat, to prawica bez refleksji zajmuje stanowisko przeciwne. Świetnym przykładem jest ekologia. Choć temat wydaje się idealnie stworzony dla środowisk konserwatywnych – jako ochrona zastanego ładu, kultywowanie dobra wspólnego, dbałość o część dziedzictwa narodowego (przyroda i krajobraz wpływają na kulturę) czy zwrócenie uwagi na szkodliwość pochopnych zmian – to dzisiejsi „konserwatyści” wyśmiewają ekologów jako oszołomów i stają na czele presji na ostatnie zachowane obszary przyrodnicze. Nie stać ich nawet na tę prostą refleksję, że gdy ktoś z pozycji zwolennika technologicznego rozwoju oraz rynkowej wydajności określa obrońców przyrody mianem oszołomów, to sam wkrótce zasłuży na taką łatkę, broniąc „przestarzałych” wartości kulturowych. Jeśli zezwala na manipulacje genetyczne na roślinach i zwierzętach, to wytrąca sobie z ręki broń w kwestii sprzeciwu wobec manipulowania w genach człowieka. Gdy drwi z tych, którzy zajmują się jakimiś „żyjątkami”, to sam stanie się przedmiotem drwin „pragmatyków”, dla których zakaz aborcji jest dziwacznym pomysłem obrońców „zlepka komórek”, itd.

Taka prawica cechuje się również – podobnie jak współczesna lewica – zamiłowaniem do problematyki marginalnej. O ile lewicowcy podchodzą do niej afirmatywnie, o tyle prawicowcy organizują krucjaty przeciwko problemom, które dla zwykłego człowieka znajdują się na szarym końcu listy istotnych kwestii. Trudno poważnie traktować ludzi, którzy za ważny problem uważają „prawa” garstki gejów i lesbijek. Ale równie trudno traktować poważnie tych, którzy w celu zapobieżenia przemarszowi tejże garstki rozpętują wrzawę pod hasłem „obrony cywilizacji zachodniej”, mobilizują siły policyjne, aparat sądowy i urzędników państwowych najwyższych szczebli. Można mieć sporo zastrzeżeń do modelu cywilizacji lansowanego przez „wyzwolone” lobby, ale rzecz tkwi w proporcjach. W prawicowych gazetach często czytam utrzymane w konwencji horroru relacje z wizyt w np. Szwecji, których autorzy są zszokowani, gdyż zobaczyli homoseksualistów całujących się publicznie. Na ulicach Łodzi widzę jednak codziennie coś, co oburza mnie tysiąc razy bardziej niż pocałunki gejów: brudne, zaniedbane i żebrzące dzieci, czyli obrazek, jakiego w Malmö niemal się nie uświadczy. Ale prawica woli jęczeć o skandynawskiej „socjalistycznej zgnili?nie moralnej” niż naśladować Szwecję choćby w tworzeniu systemu społeczno-gospodarczego, który wszystkim dzieciom zapewnia zamiast sloganów o „wartościach rodzinnych” coś bardziej przyziemnego, lecz na pewno bardziej istotnego: minimum trzy posiłki dziennie.

Podsumowując politykę współczesnej prawicy, można stwierdzić, że de facto jest ona nie konserwatywna, lecz postępowa. Niektórzy lewicowcy proponują znacznie mądrzejsze strategie okiełznania zbyt gwałtownych przeobrażeń w gospodarce, a zatem także w sferze kulturowej niż ci, którzy na sztandarach wypisują „tradycyjny porządek”, jednocześnie wspierając system gospodarczy podkopujący ów porządek równie skutecznie, jak czyni to skrajnie libertyńska propaganda i inżynieria społeczna.

***

Dzisiejsze główne nurty lewicy i prawicy przedstawiają swoje ideologie i pomysły bąd? to jako logiczne i oczywiste następstwo „rdzennej” postawy obu tych obozów, bąd? też – częściej – jako coś niemal odwiecznego. Jest to fałsz. „Stara” lewica nie poświęcała zbyt wiele uwagi afirmacji liberalnej wizji jednostki ludzkiej i jej praw, nie zajmowała się też zanadto wszelkiej maści „mniejszościami” i eskalowaniem ich żądań. „Stara” prawica wcale nie uważała, że ekonomiczna wydajność jest nadrzędną wartością, nie afirmowała także egoistycznej wizji jednostki oraz liberalizmu w gospodarce. Takie poglądy w obu nurtach ideowych występowały marginalnie. Dawny socjaldemokrata więcej miał wspólnego pod względem stylu życia i wizji społeczeństwa ze swoim konserwatywnym przeciwnikiem niż z dzisiejszą „lewicą gejowską”. Dawny konserwatysta szybciej dogadałby się z działaczem związków zawodowych niż z wyznawcami Żelaznej Damy.

Jest oczywiste, że lewica i prawica nie mogą być identyczne jak 100 czy 50 lat temu. Zmienia się sfera technologiczna, wzorce kulturowe – i nie ma niczego dziwnego w tym, że nurty polityczne redefiniują swoje ideologie i propozycje. Niepokojące jest natomiast to, że obie w swoim rozumieniu charakteru zmian akceptują liberalną optykę. I co więcej – wspomagają obóz liberalnej oligarchii we wdrażaniu tychże zmian, choć w większości przypadków dokonują się one kosztem grup społecznych, warstw i klas, których obrońcami były „stare” lewica i prawica.

***

Takie tendencje wśród dominujących opcji politycznych prowadzą do zaniku ich najbardziej sensownych nurtów. Erozji ulegają bowiem dwie najbardziej realistyczne, „przyjazne” zbiorowościom ludzkim i najmniej utopijne – a jednocześnie nie nazbyt skostniałe i „skansenowe” – wersje lewicy i prawicy: socjaldemokracja oraz chadecja (obu pojęć używam umownie – na określenie lewicy „większościowej” i sceptycznej wobec hurrarewolucyjnych pomysłów oraz prawicy łączącej konserwatyzm obyczajowy z „socjalem”; czasem pod tymi nazwami funkcjonowały środowiska lewicowo-liberalne lub prawicowo-liberalne, a z kolei część podobnych inicjatyw nie była określana w ten sposób).

Obie schodzą ze sceny, wypierane przez lewicowych i prawicowych „modernizacyjnych” kolaborantów z liberalizmem. Wraz z nimi schodzi ze sceny także polityka „proludowa”, egalitarna i odnosząca największe sukcesy w dziedzinie poprawy warunków bytowania społeczeństw nie tylko w sensie stricte materialnym, lecz także w kwestii szeroko pojętej „jakości życia”. Jest okrutnym paradoksem historii – choć wcale nie musi to być wyłącznie dzieło przypadku – że w głębokiej defensywie znajdują się te opcje ideowo-polityczne, które zapewniły społeczeństwom Pierwszego Świata niespotykane w dziejach zamożność i stabilność, a krajom Trzeciego Świata wiele skutecznych narzędzi rozwojowych. Niemal doszczętnie legły w gruzach najbardziej egalitarne i demokratyczne, a przy tym skuteczne i realistyczne opcje polityczne.

***

Populizm jest dziś jedyną szansą na przywrócenie znaczenia polityce pro-egalitarnej, „ludowej”. Trudno wyobrażać sobie odbudowę klasycznych postaci socjaldemokracji i chadecji. Nie ma zresztą takiej potrzeby – dokonujące się przeobrażenia gospodarcze, technologiczne, społeczne i kulturowe sprawiły, że pożądana i logiczna wydaje się swoista synteza tych opcji. Z jednej strony okazało się, że obie mają wspólnego wroga, jakim jest neoliberalizm, z drugiej natomiast reprezentują wykluczone, a jednocześnie przenikające się coraz bardziej, „niepostępowe” dziś klasy i grupy społeczne – zwykłych ludzi: bezrobotnych, pracowników najemnych, rolników, drobnych przedsiębiorców, „inteligencję pracującą” i warstwę urzędniczą, które to środowiska nacechowane są na ogół także dystansem wobec liberalizmu obyczajowego, a przynajmniej niechęcią wobec silnej i gwałtownej ingerencji w zastane wzorce kulturowe.

Konwergencja dotychczasowych socjaldemokracji i chadecji mogłaby stanowić fundament populizmu, czyli nurtu reprezentującego interesy „szarego człowieka”. Reprezentującego go przeciwko ideologii i praktyce współczesnej oligarchii, jaką jest liberalizm bąd? to wyłącznie gospodarczy, bąd? tylko obyczajowy, bąd? też – coraz częściej – oba na raz. Połączenie idei i postaw obu opcji mogłoby stworzyć bazę tego, czym zawsze w dziejach był populizm – swoistego radykalnego centrum. Populizm bowiem wykracza mniej lub bardziej poza lewicowy i prawicowy schemat, gromadząc pod swym sztandarem „nieklasyczne” (tylko pracownicy najemni, tylko drobna burżuazja, tylko chłopi itp.) masy sympatyków i operując hasłami wychodzącymi na przeciw potrzebom tak zróżnicowanych odbiorców.

Nowoczesny populizm także dlatego powinien czerpać z najlepszych tradycji socjaldemokracji i chadecji, aby uniknąć manowców swoich poprzedników, często pogrążających się w skrajnościach w dziedzinie ekonomii i wzorców kulturowych. Polityka „dla ludu” i „w imię ludu”, to taka, która gwarantuje stabilność uzyskanych zdobyczy (bo każdy krach jest dotkliwszy dla uboższych niż dla zamożnych – zanim gruby schudnie, to chudy umrze, jak mawia przysłowie) oraz zrozumiała dla zwykłych ludzi i aprobowana przezeń. Na „sukcesy” o kiepskich podstawach, kruche i krótkotrwałe, a także na ideologiczne utopijne fiksacje – nie powinno być w nim miejsca, jeśli nie ma się obrócić przeciwko tym, na rzecz których działa. Populizm powinien być za „socjalem” i ingerencją państwa w gospodarkę, ale przeciwko niszczeniu sektora prywatnego; za patriotyzmem, ale przeciwko szowinizmowi; za tradycją, ale przeciwko skansenowi; za państwem silnym, lecz przeciwko jego omnipotencji; za jasnym określeniem zbiorowych norm i reguł, ale przeciwko fanatycznemu tropieniu „heretyków” i ich rzekomych spisków, itd.

Mimo tej ostrożności, populizm musi natomiast różnić się od socjaldemokracji i chadecji sposobem artykulacji postulatów oraz ich charakterem. Mniej istotne jest to w krajach zamożnych, stanowiących rdzeń systemu światowego, natomiast bardzo ważne w Polsce i innych obszarach peryferyjnych. Chadecja i socjaldemokracja były funkcjonalną i realną postawą w państwach zamożnych, gdzie ustępstwa oligarchii na rzecz ludu były możliwe bez stawiania sprawy na ostrzu noża, z racji bogactwa możliwego do rozdysponowania. Nie są one natomiast w takiej postaci prawdopodobnie możliwe w krajach „robiących” na zamożność Pierwszego Świata (nie zaistniały na poważniejszą skalę np. w Ameryce Południowej). Na obszarach peryferyjnych, zamiast stosunkowo spolegliwych i reformistycznych sposobów artykulacji dążeń oraz realizacji polityki pro-ludowej, konieczne zapewne będzie częstsze i bardziej dobitne sięganie po język protestu (tu bowiem dóbr do podziału jest znacznie mniej i nie jest możliwe, aby wilk był syty i owca cała). Niezbędne jest także, chcąc faktycznie naruszyć ideologiczną hegemonię liberalizmu, nazywanie po imieniu wielu kwestii objętych nieformalnych „zakazem myślenia”.

W obliczu zmonopolizowania rzeczywistości przez liberalizm lewicowo-prawicowy, populizm jest jedynym sensownym rozwiązaniem. Krytyka obecnego porządku „z lewa” lub „z prawa” jest łatwa do zneutralizowania poprzez absorpcję części postulatów i rozmycie ich wśród pozornie bliskich, lecz faktycznie zupełnie odległych lewicowo-liberalnych lub prawicowo-liberalnych propozycji (więcej „socjalu”, ale plus przywileje dla „mniejszości seksualnych”; więcej „wartości chrześcijańskich”, ale plus większa liberalizacja gospodarki, itd.).

Populizm dobrze opisuje także płaszczyznę konfrontacji i jej podmioty – zwykli ludzie kontra oligarchia; lud kontra elity; my kontra „towarzystwo”.

***

Dzięki swej tradycyjnej nieufności wobec „tych na górze”, populizm ożywia i we właściwym świetle stawia faktycznie istotny konflikt. Neutralizuje także ciągoty klasycznych socjaldemokracji i chadecji do wchodzenia „w układy” z liberalną oligarchią. Podział na lud i oligarchię jest znacznie bardziej istotny niż spory ideologiczne. Oligarchia nie jest bowiem monolitem ani czymś, co przybierałoby stałą postać. W zależności od potrzeb, operuje ona odmiennymi hasłami, wciąż jednak pozostając tą samą oligarchią, żerującą na ludzie i blokującą realizację jego interesów.

W Polsce mamy wręcz typ idealny takiej oligarchii. Jej rdzeniem jest szeroko pojęte środowisko „Gazety Wyborczej”, skupiające także pozostałe główne media, część podmiotów politycznych (całe oraz frakcje innych) i inne podmioty, które charakteryzuje to, że są beneficjentami przeobrażeń, jakie dokonują się kosztem szerokich rzesz społeczeństwa. Nie jest to środowisko o wykrystalizowanej ideologii. Ma zarówno przyjazną rynkom finansowym twarz Leszka Balcerowicza, jak i przyjazną bezrobotnym i biednym twarz Jacka Kuronia. Ale obie twarze reprezentują interesy tego samego środowiska i służą realizacji tych samych celów, choć na różne sposoby. Gdy jeden podejmował decyzje skutkujące masowym bezrobociem i biedą, drugi rozdawał ubogim zupy i opowiadał im paternalistyczne banialuki, neutralizując w ten sposób zalążki buntu oraz maskując faktyczny sens dokonujących się przeobrażeń. Przypomina to sztuczkę z dobrym i złym gliniarzem – jeden bije przesłuchiwanego, drugi współczuje mu i pociesza, ale obaj spotykają się u jednego przełożonego z meldunkami zeznań oraz przy jednym okienku z wypłatą pensji za tę pracę.

Środowisko to jest także elastyczne dosłownie – np. Jacek Żakowski mógł być w pierwszej połowie lat 90. niemal czysto liberalnym doktrynerem, piętnującym „oszołomów” krytycznych wobec modelu transformacji ustrojowej, a 10 lat pó?niej przeobraził się znienacka we „wrażliwego społecznie” intelektualistę, który poddaje krytyce neoliberalizm i jego skutki. Nie jest to przy tym kwestia faktycznej rewizji poglądów, gdyż Żakowski-liberał i Żakowski-socjał funkcjonuje wciąż w tym samym środowisku. Dostosowuje natomiast swoje propagandowe wywody do aktualnych nastrojów społecznych i mód intelektualnych.

Innym – chyba najbardziej dobitnym – przykładem jest pismo „Krytyka Polityczna”, nachalnie kreowane od niedawna przez establishment na „radykalną młodą lewicę”. Pod adresem tego środowiska różnej maści ortodoksi kierują ni to zarzut, ni to pytanie, jak to możliwe, by mocno lewicową otoczkę przybierała ekipa, której trzon stanowią głównie publicyści czasopism odległych od radykalizmu („Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny”, „Polityka”). Takie stawianie sprawy świadczy o zupełnym niezrozumieniu problemu. Oligarchia może mieć w swoim łonie i lewicę, i prawicę, i radykalną, i umiarkowaną, i „rynkowców”, i „etatystów”, i ateistów, i ludzi Kościoła, i feministki, i „męskie szowinistyczne świnie” – byle wiernie służyli jej interesom i nie naruszali, choćby tylko słowem, fundamentów oligarchicznego systemu. Jeśli lewicowcy z „Krytyki Politycznej” potrafią ekipie oligarchy Michnika zarzucić tylko to, że po roku 1989 zbyt słabo angażowała się w obronę homoseksualistów, promocję feminizmu i modernizację polskiego „Ciemnogrodu”, zaś promowanemu przez nią Balcerowiczowi, iż nadmiernie uległ monetarystycznym dogmatom, to taka krytyka nie tylko w żadnej mierze nie narusza interesów owej oligarchii, lecz jest jej na rękę. Wpuszcza ona czytelników-buntowników w kanał spraw zupełnie nieistotnych z punktu widzenia trwania obecnego układu. Z krytyki koncentrującej się na gejach, feminizmie i obronie przed „fundamentalistami” (którzy, nawiasem mówiąc, krytykowali ów monetaryzm Balcerowicza, gdy twórcy „KP” albo chodzili do podstawówki, albo zachwycali się wolnym rynkiem), nie wynika obraz sensu i charakteru neoliberalnych przeobrażeń w konkretnym polskim kontekście. I oczywiście zapewne zupełnie przypadkowy jest fakt, iż role główne i wyjątkowo szkodliwe odegrali w tymże procesie na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat promotorzy i sponsorzy Sławomira Sierakowskiego i jego kolegów. Jest oczywiste, że twórcy „KP” muszą chronić koryto, jeśli chcą się z niego żywić przez następne dekady, ale z postawą rzeczywiście krytyczną ma to doprawdy niewiele wspólnego, mimo iż owe konformistyczne treści podane są w buntowniczej otoczce.

Jedni z członków Salonu mogą wychwalać liberalizację gospodarki, a inni optować za bardziej etatystycznymi rozwiązaniami. Gdyby jednak wybuchł rzeczywisty plebejski bunt – reprezentujący interesy zarówno drobnych przedsiębiorców, jak i pracowników najemnych, czyli i „rynkowy”, i „etatystyczny” zarazem – to oligarchiczny prawicowiec i takiż lewicowiec odłożyliby różnice na bok i razem krytykowali „motłoch”, mogący obalić układ, który obu zapewnia forsę i prestiż. Bo konflikt klasowy, tzn. konflikt realnych interesów ekonomicznych oraz wartości i stylów życia nie przebiega w dzisiejszym systemie na linii lewica – prawica, lecz między tymi, którzy są wyzyskiwani, a tymi, którzy ich wyzyskują ekonomicznie (bezpośrednio, jak szef wielkiej firmy lub pośrednio, jak lewicowy publicysta na pensji w Agora S.A.), narzucają własne wzorce kulturowe i zaprzęgają do realizacji swoich celów.

Dlatego też populizm powinien uderzyć w sam rdzeń oligarchicznego układu, a ludzi „towarzystwa” potraktować jednako, bez oglądania się na ich lewicowość czy prawicowość. Tak jak zbuntowana młodzież w latach 60. ukuła hasło „Nie wierz nikomu po trzydziestce”, tak populiści powinni kierować się zasadą: „Nie wierz nikomu, kto funkcjonuje w oligarchicznym Salonie”.

***

Nie sposób w tym miejscu przedstawić konkretnych rozwiązań czy postulatów, które taki populizm powinien wyartykułować. Na pewno jednak musi opierać się on na egalitarnych ideałach i dążyć do poprawy doli nie oligarchii czy kilku dyżurnych mniejszości, lecz szerokich rzesz społeczeństwa.

Takim działaniom powinna przyświecać idea „decentryzacji” – położenie nacisku na troskę o „peryferie”. W wymiarze społeczno-gospodarczym: obniżki podatków i wsparcie finansowe dla drobnych firm, nie zaś dla molochów i „zagranicznych inwestycji”; reformy kodeksu pracy w celu lepszej ochrony pracowników najemnych zamiast ułatwiania ich wyzysku przez pracodawców; podwyżki budżetowych pensji w pierwszej kolejności nie dla dyrektorów szpitali i uniwersyteckich profesorów, lecz dla pielęgniarek i szeregowych nauczycieli; dotacje dla małych i średnich gospodarstw rolnych, nie zaś dla wielkich farmerów, itd. W sensie inwestycyjnym to po prostu mniej dla „Polski A”, a więcej dla „Polski B”: zamiast nowych autostrad – gruntowne remonty prowincjonalnych dróg; zamiast nowoczesnego taboru na potrzeby kolei łączących największe miasta – zakup szynobusów dla obsługi podupadających przewozów regionalnych; zamiast zasady „cały naród buduje warszawskie metro” – wsparcie rozwoju komunikacji miejskiej w mniejszych ośrodkach; zamiast kolejnych gmachów w miastach wojewódzkich – nowe biblioteki i placówki kulturalne w gminach, itd. W dziedzinie kultury: zamiast nieustannej reprodukcji układów rodem z „warszawki” i natrętnego lansowania ich wytworów – działania na rzecz wsparcia i popularyzacji pozastołecznych inicjatyw i twórców.

Również w aspekcie szerszym, międzynarodowym, musimy mieć odwagę zakwestionować wiele dogmatów i obiegowych prawd. Zamiast imitacyjnego (niedo)rozwoju i wasalizacji wobec militarnych i politycznych struktur Zachodu, powinniśmy rozważyć takie sposoby działań i sojusze, które będą korzystne dla społeczeństwa, nie zaś dla oligarchii – łącznie z dokonaniem poważnych reorientacji. Chcąc prowadzić politykę korzystną dla ludu, musimy przestać patrzeć na rzeczywistość przez lornetkę podsuwaną przez zagraniczną liberalną oligarchię i jej lokalnych namiestników.

***

Przywoływanie dziś słowa „lud” oznacza, że przed oczami staje nam tępy i nieobliczalny motłoch. Ale lud to coś zupełnie innego. Daleki od ciągot idealistycznych, lecz bystry i nieuprzedzony obserwator, jakim był Gilbert Keith Chesterton, nader trafnie wyłożył powody, dla których warto stawać po stronie ludu: „Tak się składa, że wyznaję pogląd praktycznie niespotykany u socjalistów, anarchistów, liberałów i konserwatystów. Wierzę bardzo mocno w masy zwykłych ludzi. Nie mówię o ich potencjale; mówię o ich twarzach, obyczajach i obrazowym języku. Schwytani w pułapkę potwornej przemysłowej maszynerii, łupieni ze skóry z odrażającym ekonomicznym okrucieństwem, otoczeni brzydotą i beznadzieją nie mającą precedensu w dziejach, ogłupieni sekciarską wiarą lub jeszcze głupszą sekciarską niewiarą – ubodzy pozostają zdecydowanie najweselszą, najnormalniejszą i najbardziej odpowiedzialną częścią społeczeństwa”. I nawet jeśli populizm nie ma obecnie szans na zwycięstwo, to lepiej przegrać w dobrym towarzystwie, niż odnieść triumf w drużynie łotrów.

http://www.obywatel.org.pl/index.php?module=subjects&func=viewpage&pageid=899
19 grudzień 2006

Remigiusz Okraska 

  

Archiwum

Wywiad przeprowadzony przez Wolf'a Blitzer'a z David'em Duke dla CNN. 13 grudzień 2006
grudzień 19, 2006
Tezlav von Roya
"Demokracja to sztuka manipulacji"
padziernik 2, 2005
Jeżeli wygram wybory zapożyczę białoruski model !
wrzesień 28, 2007
Stan Tymiński
Krwawa Pascha
padziernik 6, 2007
Izrael Szamir
Bilans rządów 1989 -2009 – akt oskarżenia
luty 6, 2009
Dariusz Kosiur
Order Orła Białego dla Bronisława Geremka
grudzień 11, 2002
PAP
Polska importerem węgla
listopad 3, 2008
PAP
Izrael, USA i Pakistan
luty 1, 2008
Iwo Cyprian Pogobnowski
Ach te media. Fantazja u nich, że hej!
lipiec 30, 2004
PAP
Brzeziński w Gdańsku, czyli jak zoorganizować etos Polaków, aby siedzieli cicho!
wrzesień 3, 2007
Gdańszczanin
Lekcje chińskiej ekonomii
marzec 28, 2007
Anna Kaczor
Stronnictwo Narodowe - wybory do Parlamentu Europejskiego
maj 18, 2004
Stanisław Bulza
Emisje w euro, frankach i jenach
grudzień 23, 2003
Katarzyna Siwek
Nie ma pieniędzy dla pielęgniarek, nauczycieli, na zasiłki dla bezrobotnych, ale na eurodemagogię będzie 2 razy więcej.
grudzień 4, 2002
PAP
Czarna Wdowa
styczeń 3, 2009
przeslala Elzbieta Gawlas Toronto
Pogarda dla Polaków w podręcznikach historii w USA
luty 15, 2009
Iwo Cyprian Pogonowski
Dariusz Benedykt Ciesielski - ZAŻALENIE
grudzień 4, 2004
Dariusz Benedykt Ciesielski
Herezja Amerykańska, Egoizm i Pogarda Dla Miłosierdzia
czerwiec 27, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Dług publiczny 2007
kwiecień 16, 2007
interia.pl
Trąd wolnej mowy
sierpień 8, 2003
Andrzej Kumor
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media